Zawsze jakoś unikałam polskich autorów książek. Przeczytałam takich kilka w życiu, ale zazwyczaj przez przypadek, bo nie było co czytać, a leży na półce i się kurzy przez kilka lat, to przeczytam. Do książek Mroza zabierałam się przez... no, przez dobre pół roku. Albo nie miałam ochoty na kryminał, albo zniechęcały mnie przedstawione w książce, jakby nie patrzeć, polskie realia. Jednak ostatnio przez pewien czas miałam takiego kaca książkowego, że nie byłam w stanie czytać kompletnie nic. Żadna książka nie była w stanie mnie wciągnąć. Zrobiłam sobie kilka dni przerwy, a potem kompletnie spontanicznie sięgnęłam po mojego "kundelka" i odpaliłam "Ekspozycję".
Od pierwszych stron polubiłam komisarza Wiktora Forsta. To niesamowicie charakterny człowiek, ciężki w obyciu i z chamskim poczuciem humoru. Śmiałam się w głos z niektórych jego odzywek. Szybko obyłam się z tym, co zawsze mnie drażniło, czyli... z polskimi imionami w książce. Nigdy nie umiałam tego znieść, ale tutaj było okej. Po pierwsze dlatego, że bohaterowie często zwracali się do siebie po nazwisku, a po drugie z czystej sympatii do historii. Potem te wszystkie nowoczesne słowa - "tweetnąć" czy "Pyrkon", a także przeróżne nazwy stron internetowych, McDonalda, organów polskiej polityki... w pewnym momencie to zaczęło mi się podobać. Czułam się bardziej związana z bohaterami, widząc, że żyją w tym samym świecie co ja, w tych samych realiach.
Co do samej historii, jest niesamowita. I kompletnie nie do przewidzenia. Nigdy w życiu nie wpadłabym na takie rozwiązanie, na jakie wpadł Mróz. No i na każdej stronie coś się dzieje, akcja nabiera coraz większego tempa. Może to ja jestem mało domyślna, ale byłam zaskakiwana niemal co kilka stron. Nie mogę tutaj nic za bardzo powiedzieć, bo niemal wszystko byłoby spoilerem. Dodatkowo fajną sprawą jest fakt, że nie cała historia dzieje się w naszym kraju, ale jednak te inne kraje są obserwowane oczami Polaków - a więc przedstawione są tak, jak znamy je my, czytelnicy, z mediów, z polityki, z wiadomości, ze szkoły, z książek. Naprawdę świetnie.
Książkę przeczytałam w trzy dni, przy czym pierwsze dwa były dla mnie mozolnym pokonywaniem kaca książkowego. Przeczytałam podczas nich raptem 20% książki (około 96 stron, ale kindle tego mi nie powie ;)), a trzeciego dnia pozostałe 80%. Tej książki się nie czyta, ją się pochłania. I po szokującym zakończeniu - i mówię tu o dosłownie ostatnim zdaniu - od razu ma się ochotę sięgnąć po "Przewieszenie", co ja bezzwłocznie uczyniłam. I zaczyna się nieźle, ale cokolwiek więcej będę mogła powiedzieć, kiedy skończę czytać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz